I tak skończymy na Lewej

– I tak skończymy na Lewej.
– Och skończ już z tym!
– Skończę – odparł ze złośliwym uśmieszkiem – wiesz g d z i e.
Prychnęła z irytacją. Po sześciu godzinach wysłuchiwania jęków i tyrad mówiących o bezcelowości jej działań, miała ich autora serdecznie dość. Zamiast pomóc jej wbijać ten przeklęty oskard, marudził, co nie przeszkadzało mu jednak wyjadać resztek ich już i tak skromnego prowiantu.
– Dlaczego, na Wielkiego Wodza Apaczów, zapakowałaś paczkę dietetycznych wafli ryżowych, zamiast kabanosów? – zlustrował ją wzrokiem – od wczoraj przytyłaś co najwyżej dwa kilo.
Przez chwilę rozważała użycie trzymanego przez nią narzędzia jako broni obuchowej. Powoli wciągnęła powietrze do płuc, wypuszczając je ze złowrogim świstem. Taktyka na osiągnięcie duchowego spokoju i obojętności na denerwujące osobniki polecona przez terapeutę z dzieciństwa jak zwykle nie zadziałała.
– Ostatni raz ci to mówię, jestem wegetarianką – a przynajmniej próbuję nią być, pomyślała, wspominając wczorajszego kebaba, który aż zanadto wypełniał ją poczuciem winy.
– Ech, kobiety. Wy i te wasze śmieszne zainteresowania. Dziwię się, że nie sprawiłaś sobie jeszcze małego chihuahua’y – wydał skrzekliwy odgłos – Gdzie twój manicure?!
Miarowy odgłos uderzeń stalowej głowicy o skałę prawie niedostrzegalnie się zachwiał. Tylko ostatki siły woli powstrzymywały Idę przed wbiciem oskarda pół metra na lewo od celu, gdzie, zupełnie przypadkiem, znajdowała się wybitnie impertynencka czupryna jej towarzysza. Brak osad ludzkich w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, późna godzina i fakt, iż znajdowali się w nieoświetlonej kopalni sto metrów pod ziemią były kuszącą scenerią dla miejsca zbrodni. Oczami wyobraźni widziała siebie stojącą przed przełożonym – nie byłam w stanie go ocalić, panie kierowniku! Na szczęście nie cierpiał długo. Słyszałam grzmotnięcie z dziury, do której tak nierozważnie wlazł, kilka jęków, po czym ciszę jak makiem zasiał. Wygląda na to, że będzie pan musiał przydzielić mi nowego kompana – zatrzepotała rzęsami, po czym podążyła na spotkanie zupełnego przeciwieństwa siedzącego obok niej Doriana – przystojnego, inteligentnego, a co najważniejsze, s z a r m a n c k i e g o przyszłego współpracownika.
Przeraźliwy łoskot wyrwał ją z utopijnych fantazji.

***

Para wymieniła spojrzenia. Dorianowi wystarczył rzut oka na bladą twarz Idy, żeby zgadnąć, że nie wszystko idzie po ich myśli.
– Wynosimy się stąd. Ale już! – widoczna na jej twarzy determinacja nie pozwoliła mu zakwestionować rozkazu. Szkoda, właśnie miał zażartować o preferencjach żywieniowych podziemnych stworzeń. Był pewien, że i do nich dotarła moda na zdrowe odżywianie – Ida byłaby więc lepszym kąskiem od niego samego.
Obawy dziewczyny były uzasadnione. Opuszczona kopalnia diamentów stała się źródłem legendarnych opowieści o bazyliszkopodobnych kreaturach, które miały mieć swój udział w nigdy nie wyjaśnionych sprawach zaginięcia kilkudziesięciu górników. Im więcej ofert na pracownika kopalni się pojawiało, tym mniej było chętnych, odstraszonych opowiadanymi w karczmach historiami. Wkrótce interes splajtował, a kopalnię zamknięto. Jednak nowy szef Idy nie wierzył w zabobony.
– Stary Abelard zawsze się kłócił z konkurencją! Nie dziwota, że ta zaczęła rozpuszczać plotki o smokach i zaginionych pracownikach. Nie wierzcie im, dzieciaki – poklepał Doriana zachęcająco po ramieniu, wręczając mu mapę dojazdu do kopalni.
– Trzymaj, mała – podał Idzie skromny ekwipunek składający się z oskarda i latarki – Tylko nie wracajcie z pustymi rękoma, bo Reksio nie będzie zadowolony… – spojrzał znacząco na ogromnego owczarka warującego pod drzwiami.

***

Szaleńcza ucieczka odebrała im dech. Dopiero po rekordowo szybkiej wspinaczce, gorączkowej próbie odpalenia starego rzęcha (ukochanej własności Doriana) i przejechania nim trzydziestu kilometrów, Ida rozluźniła się na tyle, aby dotkliwie odczuć efekt mocno zaciśniętej ze strachu szczęki. Jej obolałe od biegu i poobijane o skały nogi też nie pozostały jej dłużne.
– Wrócę tam tylko wtedy, kiedy Reksio przejdzie na weganizm – głośno oznajmiła. Jej towarzysz uśmiechnął się zwycięsko, po czym wrzucił najwyższy bieg, rozpędzając auto do maksymalnej prędkości.

***

Po nocy spędzonej na zaledwie czterech metrach kwadratowych, w niewygodnych pozycjach, których nie pozazdrościliby im mistrzowie jogi, Ida i Dorian opuścili samochód, aby rozpocząć dzień znajomym widokiem panoramy miasteczka. Po dziesięciu minutach marszu wkroczyli na jego przedmieścia. Otaczały ich stare kamienice, nierzadko z powybijanymi oknami, zastawionymi kartonami. Prowizorycznie – lub też, jak sugerował ich stan, służącymi już szmat czasu. Dziewczyna dostrzegła, a raczej poczuła pod stopami, znane jej z historyjek dziadka kocie łby, tworzące najbardziej niechlujnie zbudowaną drogę w całym Wygwizdowie. Nieliczni przyjezdni zachodzili w głowę dlaczego najszerszy i najczęściej uczęszczany trakt tej dzielnicy został potraktowany po macoszemu. Tajemnicą poliszynela było, iż jej budowniczowie wkrótce po przybyciu stali się stałymi bywalcami pobliskiego baru ULEWA – widywano ich tam o świcie, przed południem, w porze poobiedniej, wieczorami, a także głęboką nocą.
Pochodzenie nazwy knajpki nie było zbyt zaskakujące dla przeciętnego mieszkańca okolicy znanej z nigdy nie wysychającej do końca drogi. Deszcz padał tu co najmniej dwadzieścia pięć godzin na dobę. Jako że bar nie miał zbyt dużej konkurencji, a prawdę mówiąc, żadnej, jego właściciel nie przejął się znacząco kradzieżą litery U z neonu wiszącego ponad wejściem. Ida podejrzewała, że dokonał jej jakiś desperat, mający nadzieję na odczynienie złego uroku niekończących się mżawek, przerywanych czasami przez burze. Lokal został więc ponownie ochrzczony, a całe pokolenia dorastały, bawiąc się na drodze oświetlanej czerwonym napisem LEWA, wołając do swych matek o poranku, że „idą na Lewą” i „wrócą przed zachodem”.

***

Ida niechętnie musiała przyznać Dorianowi rację. Wszystkie drogi prowadziły do pośredniaka. A że pośredniak miał swoją siedzibę na Lewej, zaledwie trzy domy na prawo od wielkiego, neonowego napisu, nie mogła się wykłócać, że budynek nie wpisuje się w poczet słynnej ulicy. Pora szukać nowej roboty. Może warto skusić się w końcu na nudną, choć stabilną posadę na zmywaku.

PS
lipiec 2016

nadfiolet.wordpress.com/2016/07/23/lewa

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “I tak skończymy na Lewej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s