I tak skończymy na Lewej

– I tak skończymy na Lewej.
– Och skończ już z tym!
– Skończę – odparł ze złośliwym uśmieszkiem – wiesz g d z i e.
Prychnęła z irytacją. Po sześciu godzinach wysłuchiwania jęków i tyrad mówiących o bezcelowości jej działań, miała ich autora serdecznie dość. Zamiast pomóc jej wbijać ten przeklęty oskard, marudził, co nie przeszkadzało mu jednak wyjadać resztek ich już i tak skromnego prowiantu.
– Dlaczego, na Wielkiego Wodza Apaczów, zapakowałaś paczkę dietetycznych wafli ryżowych, zamiast kabanosów? – zlustrował ją wzrokiem – od wczoraj przytyłaś co najwyżej dwa kilo.
Przez chwilę rozważała użycie trzymanego przez nią narzędzia jako broni obuchowej. Powoli wciągnęła powietrze do płuc, wypuszczając je ze złowrogim świstem. Taktyka na osiągnięcie duchowego spokoju i obojętności na denerwujące osobniki polecona przez terapeutę z dzieciństwa jak zwykle nie zadziałała.
– Ostatni raz ci to mówię, jestem wegetarianką – a przynajmniej próbuję nią być, pomyślała, wspominając wczorajszego kebaba, który aż zanadto wypełniał ją poczuciem winy.
– Ech, kobiety. Wy i te wasze śmieszne zainteresowania. Dziwię się, że nie sprawiłaś sobie jeszcze małego chihuahua’y – wydał skrzekliwy odgłos – Gdzie twój manicure?!
Miarowy odgłos uderzeń stalowej głowicy o skałę prawie niedostrzegalnie się zachwiał. Tylko ostatki siły woli powstrzymywały Idę przed wbiciem oskarda pół metra na lewo od celu, gdzie, zupełnie przypadkiem, znajdowała się wybitnie impertynencka czupryna jej towarzysza. Brak osad ludzkich w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, późna godzina i fakt, iż znajdowali się w nieoświetlonej kopalni sto metrów pod ziemią były kuszącą scenerią dla miejsca zbrodni. Oczami wyobraźni widziała siebie stojącą przed przełożonym – nie byłam w stanie go ocalić, panie kierowniku! Na szczęście nie cierpiał długo. Słyszałam grzmotnięcie z dziury, do której tak nierozważnie wlazł, kilka jęków, po czym ciszę jak makiem zasiał. Wygląda na to, że będzie pan musiał przydzielić mi nowego kompana – zatrzepotała rzęsami, po czym podążyła na spotkanie zupełnego przeciwieństwa siedzącego obok niej Doriana – przystojnego, inteligentnego, a co najważniejsze, s z a r m a n c k i e g o przyszłego współpracownika.
Przeraźliwy łoskot wyrwał ją z utopijnych fantazji.

***

Para wymieniła spojrzenia. Dorianowi wystarczył rzut oka na bladą twarz Idy, żeby zgadnąć, że nie wszystko idzie po ich myśli.
– Wynosimy się stąd. Ale już! – widoczna na jej twarzy determinacja nie pozwoliła mu zakwestionować rozkazu. Szkoda, właśnie miał zażartować o preferencjach żywieniowych podziemnych stworzeń. Był pewien, że i do nich dotarła moda na zdrowe odżywianie – Ida byłaby więc lepszym kąskiem od niego samego.
Obawy dziewczyny były uzasadnione. Opuszczona kopalnia diamentów stała się źródłem legendarnych opowieści o bazyliszkopodobnych kreaturach, które miały mieć swój udział w nigdy nie wyjaśnionych sprawach zaginięcia kilkudziesięciu górników. Im więcej ofert na pracownika kopalni się pojawiało, tym mniej było chętnych, odstraszonych opowiadanymi w karczmach historiami. Wkrótce interes splajtował, a kopalnię zamknięto. Jednak nowy szef Idy nie wierzył w zabobony.
– Stary Abelard zawsze się kłócił z konkurencją! Nie dziwota, że ta zaczęła rozpuszczać plotki o smokach i zaginionych pracownikach. Nie wierzcie im, dzieciaki – poklepał Doriana zachęcająco po ramieniu, wręczając mu mapę dojazdu do kopalni.
– Trzymaj, mała – podał Idzie skromny ekwipunek składający się z oskarda i latarki – Tylko nie wracajcie z pustymi rękoma, bo Reksio nie będzie zadowolony… – spojrzał znacząco na ogromnego owczarka warującego pod drzwiami.

***

Szaleńcza ucieczka odebrała im dech. Dopiero po rekordowo szybkiej wspinaczce, gorączkowej próbie odpalenia starego rzęcha (ukochanej własności Doriana) i przejechania nim trzydziestu kilometrów, Ida rozluźniła się na tyle, aby dotkliwie odczuć efekt mocno zaciśniętej ze strachu szczęki. Jej obolałe od biegu i poobijane o skały nogi też nie pozostały jej dłużne.
– Wrócę tam tylko wtedy, kiedy Reksio przejdzie na weganizm – głośno oznajmiła. Jej towarzysz uśmiechnął się zwycięsko, po czym wrzucił najwyższy bieg, rozpędzając auto do maksymalnej prędkości.

***

Po nocy spędzonej na zaledwie czterech metrach kwadratowych, w niewygodnych pozycjach, których nie pozazdrościliby im mistrzowie jogi, Ida i Dorian opuścili samochód, aby rozpocząć dzień znajomym widokiem panoramy miasteczka. Po dziesięciu minutach marszu wkroczyli na jego przedmieścia. Otaczały ich stare kamienice, nierzadko z powybijanymi oknami, zastawionymi kartonami. Prowizorycznie – lub też, jak sugerował ich stan, służącymi już szmat czasu. Dziewczyna dostrzegła, a raczej poczuła pod stopami, znane jej z historyjek dziadka kocie łby, tworzące najbardziej niechlujnie zbudowaną drogę w całym Wygwizdowie. Nieliczni przyjezdni zachodzili w głowę dlaczego najszerszy i najczęściej uczęszczany trakt tej dzielnicy został potraktowany po macoszemu. Tajemnicą poliszynela było, iż jej budowniczowie wkrótce po przybyciu stali się stałymi bywalcami pobliskiego baru ULEWA – widywano ich tam o świcie, przed południem, w porze poobiedniej, wieczorami, a także głęboką nocą.
Pochodzenie nazwy knajpki nie było zbyt zaskakujące dla przeciętnego mieszkańca okolicy znanej z nigdy nie wysychającej do końca drogi. Deszcz padał tu co najmniej dwadzieścia pięć godzin na dobę. Jako że bar nie miał zbyt dużej konkurencji, a prawdę mówiąc, żadnej, jego właściciel nie przejął się znacząco kradzieżą litery U z neonu wiszącego ponad wejściem. Ida podejrzewała, że dokonał jej jakiś desperat, mający nadzieję na odczynienie złego uroku niekończących się mżawek, przerywanych czasami przez burze. Lokal został więc ponownie ochrzczony, a całe pokolenia dorastały, bawiąc się na drodze oświetlanej czerwonym napisem LEWA, wołając do swych matek o poranku, że „idą na Lewą” i „wrócą przed zachodem”.

***

Ida niechętnie musiała przyznać Dorianowi rację. Wszystkie drogi prowadziły do pośredniaka. A że pośredniak miał swoją siedzibę na Lewej, zaledwie trzy domy na prawo od wielkiego, neonowego napisu, nie mogła się wykłócać, że budynek nie wpisuje się w poczet słynnej ulicy. Pora szukać nowej roboty. Może warto skusić się w końcu na nudną, choć stabilną posadę na zmywaku.

PS
lipiec 2016

nadfiolet.wordpress.com/2016/07/23/lewa

Reklamy

Wyzwania 2015

Gdybym była zwierzęciem, byłabym leniwcem. Albo kotem – na jedno wychodzi. Najchętniej przeleżałabym bezproduktywnie cały rok, ignorując otoczenie. Ale tak nie można. Bo życie przeleci ci przed oczami. Jestem więc zmuszona stawiać sobie wyzwania – nie postanowienia noworoczne (tej nazwie brakuje pewnej dramaturgii), a właśnie wyzwania. W myśl klasycznego „Nie, nie zrobisz tego, nie dasz rady…” „Ja nie zrobię? Watch me!”.

W połowie 2014 znalazłam cel (kierunek studiów), do którego wciąż dążę, a że okazało się, iż mam trochę mało czasu, aby go zrealizować, stwierdziłam, że nie będę się oszczędzać. I tak powstało wyzwanie, którego przebieg dokumentuję tutaj www.instagram.com/artchallenge365/ Teoretycznie, w 2015 rysuję/maluję codziennie. W praktyce zdołałam to tempo utrzymać przez 3 miesiące, po czym nieco osłabło. Nie jest jednak źle – kończę z liczbą 299 postów na 365 dni. Jak dla mnie, świetny wynik. Najpiękniejsze jest to, że widzę postęp. Gigantyczny! Kiedy nie możesz patrzeć na swoje stare prace, to znak, że nastąpił progres.

Zabawne – wyraźnie widać kolejne fazy. Poniżej kilku przedstawicieli, chronologicznie.

10894953_313475008863574_2046062378_n.jpg
Disney, Disney i jeszcze raz Disney
891529_485019128304008_119029230_n
Szkice postaci na zajęcia z rysunku
10952600_647842205320108_1752050201_n
Szkicuję niczego niepodejrzewających ludzi
11055594_1720530884840396_1271209894_n.jpg
Chodzę po muzeach i patrzę, jak inni to robią
11116823_884416451619743_1224218098_n
Antyczne głowy – najlepsi modele ❤
11333385_1600098560252332_2091505041_n.jpg
Potrafię malować!
11377973_953649231345668_254284779_n.jpg
Rysuję  w plenerze i nie tylko
11330636_1082329701797008_1793126472_n.jpg
Wspaniali ludzie dobrowolnie (lub nieświadomie) pozują mi podczas wyjazdu na Camino

 

11266520_883284091739565_936838911_n.jpg
Akwarele!
11850073_1112878355396487_680628971_n.jpg
Udaję da Vinci
12093766_1498834617077633_462752140_n.jpg
Zaczynam Inktober i zachwycam się humorem Szymborskiej
12080621_1650257661854700_582195724_n
Tusz – moja nowa miłość

 

12224689_1497700343892452_466527541_n.jpg
Wyspiański i pastele ❤
11910481_928015653900584_1340762323_n.jpg
Nic tylko maluję
11313587_454665148059980_936151769_n.jpg
Nie ma to jak porządna, surrealistyczna martwa natura
12362041_1531532453831118_983277421_n.jpg
Seria dziecięcych portretów

 

Drugie wyzwanie 2015 roku to oczywiście książki.

10868022_896616370362381_5000605218178306736_n.jpg

W tym roku przeczytałam 78 pozycje, o dwie więcej od poprzedniego roku. Aż głupio pisać, ale 90% z nich mi się podobało. I nie, te 10% to nie lektury szkolne. Albo trafiałam na tak świetne książki, albo nie mam własnego zdania i niczego nie kwestionuję. Lub też po prostu do  życia podchodzę z otwartym umysłem i czerpię z niego to, co najlepsze, nawet w niepozornych rzeczach próbując dostrzec coś ważnego. Lubię tak o sobie myśleć, choć wydaje mi się, że ten wynik to mieszanka najróżniejszych czynników. Ale cóż, nie będę narzekać, czytać same dobre książki – marzenie każdego książkoholika.

Z powyższego wyzwania nie udało mi się przeczytać książki, która została wydana w roku moich urodzin – wciąż nie wierzę, że na 78 książek nie zabłąkała się choćby jedna z mojego rocznika, szczególnie, że jak podaje Wikipedia, wydano wtedy 15966 tytułów. Nie dałam też rady znaleźć książki, w której nie ma ludzi – choć pewnie mogłam się pokusić o przeczytanie jakiejś bajki czy książki dla dzieci ze zwierzątkami. Ostatnia nieprzeczytana pozycja to książka, którą miałam przeczytać w szkole, ale się nie udało. Nigdy nie sądziłam, że bycie sumienną uczennicą i czytanie szkolnych lektur zwróci się przeciwko mnie – a jednak! Nie miałam dużego wyboru ani ochoty na czytanie Pamiętników Paska, więc odpuściłam sobie ten punkt.

wszechświat kontra alex woods .JPG

Takie wyzwanie jest świetną zabawą, która  motywuje do sięgania po książki, na które normalnie nawet byśmy nie spojrzeli. Lubię uczucie satysfakcji z odhaczania kolejnych punktów, notowanie przeczytanych tytułów, a nawet prowadzenie małych statystyk – okazuje się, że dopiero główny bohater 74. książki miał imię na tę samą literę, co ja.

Poza tym, w 2015 roku odkryłam Pilipiuka (o którym pisałam też tutaj) i pochłonęłam jego serię Oko jelenia (polecam!), przypomniałam sobie, jak bardzo uwielbiam Christie, wkroczyłam nieco dalej w świat fantasy i science fiction dzięki Pratchettowi, Dickowi i Martinowi. Nie zabrakło też kilku paranormalnych guilty pleasures, ale ze zdumieniem odkryłam, że wszędzie polecane i reklamowane książki nie robią na mnie wrażenia. Szczególnie młodzieżówki/young adults. Czyżbym z nich wyrosła?

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Kilka tytułów, które szczególnie zapadły mi w pamięć (a nie wspominałam o nich powyżej czy przy okazji poprzedniego książkowego posta): Wszechświat kontra Alex Woods Extence’a, Parabellum. Prędkość ucieczki Mroza (młody polski wszechstronny pisarz z całkiem dużym dorobkiem), Śmierć urzędnika i inne opowiadania Czechowa, O sztuce Gombricha, Nędznicy Hugo, Tango Mrożka, Pani Bovary Flauberta, Brzezina Iwaszkiewicza, Pippi Pończoszanka Lindgren (czasem trzeba nadrobić to, czego się nie przeczytało w dzieciństwie 😉 ), Szmaragdowa Tablica Montero.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Na pewno nie zostawię 2016 roku bez żadnych wyzwań. Ale jakie będą, to się jeszcze zobaczy.

Szczęśliwego Nowego Roku!

PS

Botafumeiro

Katedra w Santiago de Compostela, cel wędrówki tysięcy pelegrinos, oprócz szczątków św. Jakuba kryje w sobie jeszcze jeden skarb – tytułowe Botafumeiro.botafumeiro1

Jest to wysoka na 160 cm kadzielnica, zawieszona na skrzyżowaniu nawy głównej z transeptem (nawą poprzeczną), pod kopułą katedry. Waży 60 kg, a do jej rozpalenia potrzeba jeszcze 40 kg węgla i kadzidła! Podobno pędzący trybularz osiąga prędkość nawet 60 km/h.
Rozkołysanie kadzielnicy, i nie spowodowanie przy tym katastrofy, jest obowiązkiem tiraboleiros, czyli specjalnie wyszkolonych do tego mężczyzn noszących purpurowe szaty. Ja naliczyłam ich co najmniej ośmiu.

Cały rytuał ma już długą tradycję, sięgającą XIII, a nawet XI wieku.
Obecnie prezentuje się go tylko na wieczornych piątkowych mszach przeznaczonych dla pielgrzymów lub z okazji szczególnych celebracji, jaką była uroczysta msza święta odbywająca się 25 lipca, w dzień św. Jakuba, w której miałam szczęście uczestniczyć.

Na sam koniec nabożeństwa biskup wypowiedział kilka słów, które wyraźnie wzbudziły zainteresowanie wiernych, wnioskując z coraz to głośniejszych szeptów, zamieszania powstałego przez wyciąganie aparatów fotograficznych z plecaków i migracji osób stojących za kolumnami na lepsze stanowiska obserwacyjne.

Rozpoczął się spektakl.

Trudno opisać słowami jak skocznym i lekkim wydał mi się ten stukilogramowy bohater przedstawienia. Dzięki sile mięśni ośmiu rosłych mężczyzn, skupionej na końcu liny, na której drugim końcu wisiał trybularz, Botafumeiro kilka razy podskoczyło do góry pod kątem kilkunastu – kilkudziesięciu stopni, aby nabrać rozpędu, i rozkołysało się na dobre. Przypominało to ruch wahadła, tyle że odbywało się nad głowami wiernych zgromadzonych wdłuż transeptu.
Oniemiałam i jednocześnie z fascynacją, jak i z przerażeniem oglądałam pokaz, czekając, aż coś pójdzie nie tak i kadzielnica efektownie, z łoskotem uderzy w mury. Ku mojej uldze katedra wraz z ludźmi pozostała cała.
Botafumeiro zakończyło swoje wystąpienie tanecznym obrotem z jednym z tiraboleiro.

Rytuał można obejrzeć tutaj – warto!

PS

Camino

Mnogość kościołów poświęconych św. Jakubowi i fakt, iż powstały one głównie w średniowieczu, to nie przypadek. Popularny był wtedy kult tego właśnie świętego, który za życiasantiago de compostela prowadził ewangelizację na Półwyspie Iberyjskim.
Według legendy, po męczeńskiej śmierci (która stała się inspiracją dla Dürera ), jego ciało przetransportowano z Jerozolimy do północnej Hiszpanii, gdzie dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela, słynne z przepięknej, zabytkowej katedry.

Przez wieki pielgrzymowano do miejsca spoczynku jego ciała, tak, że cały kontynent pokrył się siecią dróg, szlaków jakubowych. Goethe posunął się nawet do stwierdzenia, że drogi św. Jakuba ukształtowały Europę.

credencial2

Pątnicy szli we własnych intencjach, opłaceni przez możnych lub też aby odpokutować swe winy. Jako iż nadajniki gps i inne technologiczne zabawki nie istniały w ich czasach, a zleceniodawcy chcieli mieć pewność, że zatrudniony nie schował się na rok w pobliskiej wsi, tylko naprawdę odbył pokutną wędrówkę, pielgrzymi zwykli nadłożyć kilka dni drogi, aby dotrzeć nad ocean i stamtąd zabrać muszlę jako dowód odbytej pielgrzymki.credencial

Po jakimś czasie pojawili się przedsiębiorczy biznesmeni, którzy sprzedawali rzeczone muszle już w połowie drogi do Santiago. I tak właśnie concha przestała być
wiarygodnym dowodem dotarcia do celu pielgrzymki.
Zaczęto więc wydawać imienne certyfikaty zwane compostelą, które można było dostać tylko i wyłącznie w mieście św. Jakuba. Zaświadczenia są wydawane do dziś, a charakterystyczna muszla stała się symbolem, po którym można rozpoznać pelegrino – nosi się ją przytroczoną do plecaka.

Najpopularniejszy odcinek szlaku to Camino Francés, który kończy się w Santiago de Compostela. Swoją nazwę zawdzięcza temu, że rozpoczyna się we francuskich Pirenejach, po czym biegnie przez 750km przez północną Hiszpanię, mijając kolejne prowincje: Navarra, La Rioja, Burgos, Palencia, León, Lugo, La Coruña.
My, Polacy, także posiadamy swoje szlaki. Jednym z nich jest Camino Polaco, droga mająca początek w Iławie, a kończąca się Trzemesznie (obejmuje m.in. województwo kujawsko-pomorskie, a wędrując nim, można natrafić na takie miasta, jak Golub-Dobrzyń, Szafarnia, Kruszwica i Toruń 😉 ).

Szlak św. Jakuba można przemierzać pieszo, konno lub na rowerze. Aby otrzymać compostelę, wymagane jest przejście 100 km (rowerem – 200km), które dokumentuje się w credencial del pelegrino, czyli paszporcie pielgrzyma.

credencial1

Pieczątki zdobywa się w przydrożnych albergach, lub w restauracjach, barach i knajpkach położonych na szlaku.
Ja swoje zdobywałam głównie w dużych albergach połączonych z kawiarniami, do których docierałam, idąc szlakiem, ale zdarzyło mi się też zawędrować do luksusowego hotelu. Zmęczona i brudna po kilku godzinach wędrówki, z wypchanym plecakiem i kijem w ręce wkroczyłam do eleganckiego wnętrza, oczekując, że zaraz zostanę wyproszona. Pełna wątpliwości podeszłam do recepcjonisty i zapytałam ¿Hay sellos?, a on ku mej radości uśmiechnął się i wyciągnął pieczątkę spod lady.

Tak życzliwe traktowanie pielgrzymów jest zresztą dla szlaku charakterystyczne. Kiedy w albergu zapytałam oto, czy woda w kranie jest potable, wskazując na moją, pustą już, butelkę, nie zdążyłam nawet podziękować za pozytywną odpowiedź, a kelnerka już ją napełniała.

Warto też wspomnieć o tym, że gdy podczas wędrówki mija się innych pelegrinodrogowskazys, w większości przypadków usłyszy się podnoszące na duchu i dodające energii pozdrowienie ¡Buen camino!.
Wędrowcy, przybyli z całego świata, są przyjaźni i otwarci na innych. Naprawdę ciekawie jest porozmawiać z Hiszpanami w ich rodzimym języku i obserwować, jak dwoją się i troją, aby wytłumaczyć słówko, którego nie znasz. (Napotkani przeze mnie Álvaro i Pedro podchodzili do mojej edukacji w zakresie języka hiszpańskiego z wielkim entuzjazmem). Na szlaku często słyszy się też inne języki, w tym angielski, niemiecki, francuski czy polski.
Z moimi towarzyszami podróży rozmawiałam, żartowałam, śpiewałam piosenki (a raczej ich refreny, bo teksty zwrotek tajemniczo wywiało z naszych głów), ale też milczałam.

camino01Czasami, szczególnie wcześnie rano, kiedy większość jeszcze słodko śpi, można doświadczyć prawdziwego pielgrzymowania. Cisza i samotność to najlepsi kompani do refleksji. Nie da się opisać uczucia, które powstaje podczas drogi przez gęsto zarośnięty, stary las, kiedy tylko poranna mgła niepokoi cię swoją obecnością. Szukasz wzrokiem strzałek – drogowskazów. Gdzie tylko zobaczysz znajomy znak muszli lub krzyża św. Jakuba, uśmiechasz się, a widok kamienia z liczbą kilometrów do celu daje nowe siły (już tylko 5 km!) lub powoduje depresję (Co? Przeszłam tylko 2 km? Niemożliwe!).

camino3

concha (2)                    camino2                   pelegrino

Strzałki znajdują się dosłownie wszędzie! Niekiedy trzeba się ich porządnie naszukać.
Ja zaobserwowałam je m.in. na murach, ścianach domów, płotach, słupach, drodze, kamieniach, drzewach, barierkach obok drogi, a nawet na śmietniku! Co jakiś czas pojawiają się drogowskazy w formie znaków stojących, a także kamienne słupki z symbolem muszli i liczbą kilometrów pozostałą do Santiago de Compostela. Pelegrinos doczekali się nawet własnych znaków drogowych – biało-niebieskich tabliczek z postacią pielgrzyma.

camino1
camino9camino4

Krajobraz towarzyszący wędrówce jest urozmaicony, mija się góry, pola, lasy, wsie i miasta. Na swojej drodze natrafiałam na różne osobliwości: wyrośniętą opuncję, zabytkowy kościółek otoczony cmentarzem, miejsce pamięci, w którym zasnął i już nie obudził się jeden z pielgrzymów, starą chatę, siatkę pełną krzyży stworzonych z gałązek.

cementerio1 cementerio2 cruz

PS
Za tydzień więcej o celu wyprawy – Santiago de Compostela.

Słowniczek

albergue – schronisko
camino – droga
compostela – certyfikat potwierdzający przejście drogi św. Jakuba, ciekawa etymologia
concha – muszla
credencial del pelegrino – paszport pielgrzyma
pelegrino – pielgrzym
potable – pitna
Santiago – Jakub
sello – pieczątka
¡Buen camino! – Dobrej drogi!
¿Hay sellos? – Czy są pieczątki?

BookTubeAThon 2015

Mój pierwszy BookTubeAThon minął i przyniósł nadspodziewanie dobre wyniki!
Nastawiałam się na przeczytanie czterech książek, ale głód książkowy dał o sobie znać (w lipcu przeczytałam tylko jedną…), więc czym prędzej udałam się do biblioteki i księgarni.

Spośród siedmiu wyzwań udało mi się zrealizować sześć. Nie dałam rady przeczytać książki bez rozstawania się z nią. Przypominałam sobie o tym zawsze wtedy, kiedy już wymaszerowałam z domu…

Udało mi się znaleźć dość różnorodne książki i o dziwo, wszystkie mi się spodobały.
No dobrze, po drodze w moje ręce wpadły Wiedźmy i czarownice. Historia prześladowań Nigela Cawthorne’a oraz Przepowiednia Szeherezady Ali Yunis, ale ta pierwsza zbyt mocno kojarzyła mi się z książką telefoniczną – za dużo nazwisk, a ta druga była w innym stylu, niż początkowo sądziłam.

Zostawiam Was z listą wyzwań i odpowiadającym im powieściom. Każdy punkt zawiera cytat z książki, krótką notkę o autorze i danej pozycji, moje odczucia.
Nie znajdziecie tu jednak streszczenia fabuły – jestem przewrażliwiona na tym punkcie do tego stopnia, że zazwyczaj nie czytam nawet opisów z tyłu okładki.
Książki uszeregowane są chronologicznie, od pierwszej, do ostatniej, którą przeczytałam.

1. Książka z kolorem niebieskim na okładce

Robert C. O’Brien (właśc. Robert Leslie Conly)
Z jak Zachariasz

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Teraz będę czekać. Napisałam, że jest około dziesiątej trzydzieści, lecz nie mam pewności, jeśli chodzi o czas. Mój zegarek dobrze chodzi, ale mogę go ustawiać tylko według słońca. Nie wiem nawet, czy zgadza się data. Mam kalendarz, ale i tak trudno – naprawdę bardzo trudno – się nie pogubić. Najpierw skreślałam kratki ołówkiem. Potem, w ciągu dnia, patrzyłam na kalendarz i myślałam: czy dziś już zaznaczałam?
A im dłużej się zastanawiałam, tym bardziej nie mogłam sobie przypomnieć.

Postapokaliptyczna powieść dla młodzieży wyróżniona Nagrodą im. Edgara Allana Poe. Jej autorem jest amerykański pisarz i dziennikarz, który publikował m.in. w National Geographic Magazine. Co ciekawe, po śmierci autora w 1973r., książkę na podstawie notatek ukończyły żona i córka. Została opublikowana rok później.

Od czasu sukcesu Igrzysk śmierci odczuwam przesyt dystopii, wciąż ekranizowane są kolejne powieści, które pojawiają się na rynku wydawniczym jak grzyby po deszczu. Igrzyska, Niezgodna, Dawca pamięci (oryginalny tytuł książki to Dawca, miałam okazję czytać ją kilka lat temu, bardzo polecam!), a już niedługo Z jak Zachariasz. Oglądając zwiastun do tej ostatniej, przeraziłam się – fabułę książki dostosowano pod gust widowni i stworzono kolejną bajeczkę o trójkącie miłosnym. Ile można?

Sama książka napisana jest prostym językiem, bo i narratorka to młoda, prosta dziewczyna, wychowana w rolniczej rodzinie. Miejscami ma przebłyski inteligencji, ale generalnie jest dosyć naiwna. Te wszystkie cechy nie sprawiają jednak, że powieść czyta się źle – przeciwnie, czytelnik łatwo angażuje się w historię opowiadaną przez bohaterkę.
Książka jest też swego rodzaju przewodnikiem po podstawowych czynnościach wykonywanych w gospodarstwie rolnym, ale też domowym, ze względu na ich wagę w obliczu kondycji świata po wyniszczającej wojnie.

2. Książka, którą ostatnio nabyłaś

Jane Austen
Opactwo Northanger

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Nikt, kto zetknął się z Katarzyną Morland w dzieciństwie, nie sądziłby, że ma przed sobą przyszłą heroinę. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niej: pozycja życiowa, charakter obojga rodziców, jej własny wygląd i usposobienie. Ojciec był duchownym, ani lekceważonym, ani ubogim, człowiekiem otoczonym powszechnym szacunkiem (…). Posiadał pokaźne zabezpieczenie majątkowe, a ponadto dwie dobre prebendy i nie miał najmniejszych skłonności do trzymania córek pod kluczem. Matka jej była kobietą praktyczną i rozsądną, obdarzoną pogodnym usposobieniem i – co szczególniejsze – dobrym zdrowiem. Przed urodzeniem Katarzyny powiła już trzech synów i zamiast umrzeć w połogu, czego należałoby się spodziewać, żyła dalej i nie tylko żyła, lecz urodziła jeszcze sześcioro dzieci, by w najlepszym zdrowiu cieszyć się wzrastającą gromadką.

Jane Austen (1775-1817) nie trzeba nikomu przedstawiać, a jeśli znalazł się jednak ktoś, kto kojarzy to imię i nazwisko dosyć mgliście, powiem tylko: Duma i uprzedzenie. Uwielbiam angielską pisarkę za lekkość jej pióra, dowcip i przenikliwą znajomość ludzkiej natury. Powieść, tak jak w przypadku Z jak Zachariasz, została wydana pośmiertnie, na przełomie 1817 i 1818r. Pierwotnie główna i tytułowa bohaterka miała nosić imię Susan, później Catherine, dopiero po śmierci Jane, jej siostra zmieniła tytuł na współcześnie nam znany.

Uprzedzając wszelkie wątpliwości, spieszę nadmienić, iż heroina dawniej znaczyło bohaterka. Heroina tejże powieści żyje marzeniami, zaczytuje się w powieściach, uznawanych w jej czasach za literaturę gorszej klasy. Jest młodą, naiwną panienką, a komentarze, którymi okrasza jej zachowanie narratorka, nieustannie wywołują uśmiech na twarzy czytelnika.

3. Książka, którą naprawdę chcesz przeczytać

Andrzej Pilipiuk
Oko jelenia. Droga do Nidaros

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Rozległo się nerwowe pukanie i do pracowni zajrzała sekretarka. Była dziwnie zdyszana, jakby gnała tu na złamanie karku.
– Panie profesorze, dyrektor prosi natychmiast do gabinetu! – wysapała.
– No co też pani! – prychnąłem. – Nie mogę zostawić tych huncwotów ze sprzętem wartym…
– Powiedział, że natychmiast. Nie wie pan, gdzie znajdę magistra Kokotkę?
– Ma zastepstwo z pierwszą klasą gdzieś na dole – wyjaśniłem.
Odpaliłem małą kamerę internetową, uruchomiłem zapis.
– Gdy wrócę, to sobie obejrzę, jak się zachowywaliście. Jeżeli zobaczę, że coś było nie tak, to… – zawiesiłem głos i znacząco zmrużyłem oczy. – Zaraz wracam.

O Pilipiuku słyszałam już tyle skrajnych opinii, że niecierpliwie czekałam, aż w moje ręce wpadnie jedna z jego pozycji. Urodzony w 1974r., z wykształcenia archeolog, czego nie da się przeoczyć, czytając Drogę. Jest autorem wielotomowych serii książek, w tym kontynuacji Pana Samochodzika. Powieść, którą przeczytałam, to pierwsza część serii Oko jelenia, wydana w 2008r. Na pewno sięgnę po więcej!

Wiedziałam, że po książce Pilipiuka mogę się spodziewać wszystkiego, ale to naprawdę jazda bez trzymanki. Wszystko jest tam wrzucone do jednego kotła. Kosmici, koniec świata, średniowiecze, podróże w czasie, łasica. Brzmi to bardzo abstrakcyjnie, i takie się wydaje, lecz kiedy czyta się książkę, efekt jest niwelowany przez głównego bohatera, który zdaje sobie z tego sprawę. Rzuca komentarzami, które równie dobrze mógłby wypowiedzieć czytelnik, zszokowany prędkością wydarzeń i poznawaniem nowych postaci, szczególnie na początku. Powieść pełna humoru, a w dodatku o ciekawej szacie graficznej, ilustrowana. Mocno kontrastuje życie we współczesnych nam czasach z tymi, które już minęły.

4. Ulubiona książka kogoś innego

C.S. Lewis
Listy starego diabła do młodego

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Mój drogi Piołunie
A więc jesteś „pełen nadziei, że religijny okres w życiu pacjenta zanika” – wszak takie jest Twoje zdanie? Zawsze uważałem, że Szkoła Kunsztu Kuszenia zeszła na psy, odkąd na czele jej stanął stary Slubgob, a teraz jestem tego pewny. Czy nikt wam nigdy nie mówił o prawie falowania? (…) Gdybyś był pilnie śledził swego pacjenta, byłbyś dostrzegł to falowanie w każdej sferze jego życia; jego zainteresowanie pracą, przywiązanie do przyjaciół, fizyczne pragnienia, wszystko to raz przybiera na sile, to znów maleje. Jak długo będzie żył na Ziemi, okresy emocjonalnego i fizycznego bogactwa i żwawości występować będą na przemian z okresami odrętwienia i ubóstwa. Okres oschłości i apatii, przez który Twój pacjent obecnie przechodzi, nie jest, jak naiwnie przypuszczasz, Twoim dziełem, jest to jedynie zjawisko naturalne, które nam nie przyniesie korzyści, jeżeli go odpowiednio nie wykorzystasz. (…)
Twój kochający stryj
Krętacz

Clive Staples Lewis (1898-1963) to wbrew pozorom, nie tylko autor Opowieści z Narnii, ale też brytyjski pisarz, filozof i wykładowca literatury średniowiecznej i renesansowej w Cambridge. Na Wikipedii wyczytałam, że jest znany ze swoich dzieł z zakresu apologetyki chrześcijańskiej, co potwierdza powyższa pozycja. Listy zostały wydane po raz pierwszy w 1942r.

Książka jest napisana w przewrotny sposób. Z perspektywy diabła to, czym kieruje się i co czyni Bóg, zwany przez niego Nieprzyjacielem, jest niepożądane. Białe jest czarne, a czarne jest białe. Choć sam autor przyznaje, że pomysł inwersji zaczerpnął z pozycji Confessions of a Well-Meaning Woman Stephena McKenny’ego, to nie sposób nie docenić kunsztu, z jakim napisał swoje dzieło. Listy są głęboką analizą kondycji duchowej współczesnego człowieka i jednocześnie satyrą na jego zachowanie. Wymagająca, lecz wartościowa lektura.

5. Książka, której autor ma nazwisko na tę samą literę, co ty

Patrick Süskind
Pachnidło: Historia pewnego mordercy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Nie był wybredny. Nie rozróżniał – jeszcze nie rozróżniał – tego, co powszechnie nazywano pięknym albo brzydkim zapachem. Był zachłanny. Celem jego wypraw myśliwskich było zawładnięcie wszystkim, ale to wszystkim, co w zakresie zapachów świat miał do zaoferowania, pod warunkiem, by był to zapach nowy. Woń końskiego potu była dlań warta tyleż co delikatny, świeży zapach nabrzmiewających pąków różanych, ostry smród pluskiew nie mniej niż aromat szpikowanej pieczeni cielęcej, dochodzący z wielkopańskich kuchni. Pożerał i wchłaniał wszystko. Również w laboratorium jego wyobraźni, gdzie nieustannie zestawiał nowe kombinacje zapachowe, nie rządziła jeszcze żadna zasada estetyczna. Produkował różne dziwaczne kompozycje i natychmiast je unicestwiał, jak dziecko, które bawi się klockami, pełne inwencji i niszczycielskiej pasji, bez widomej zasady twórczej.

Od kilku lat obijało mi się o uszy słowo Pachnidło, lecz zawsze w kontekście filmu. Widząc powieść o tym tytule w bibliotece, i to jeszcze z autorem dzielącym ze mną inicjały (jedno z książkowych wyzwań na 2015r., podsumowanie dodam w grudniu!), musiałam ją wypożyczyć.
I bardzo dobrze, że to zrobiłam – niepozorny niemiecki pisarz i autor scenariuszy, urodzony w 1949r. okazał się geniuszem! Süskind stroni od życia publicznego, wielokrotnie unikał przyjmowania nagród literackich, których przyznano mu sporo, w tym Nagrodę Gutenberga za Pachnidło opublikowane w 1985r.

Powieść swoim klimatem przypomina mi książki takie jak: Doktor Jekyll i pan Hyde, Frankenstein, Portret Doriana Graya. Autor użył zaskakującego zabiegu – główny bohater odbiera świat przez pryzmat zapachów. Czytanie powieści jest ciekawym synestezyjnym doznaniem, trzy strony pod rząd pełne olfaktorycznych opisów robią swoje i człowiek zaczyna inaczej patrzeć na świat, szukając zapachów wokół niego.

6.

Agata Christie
Pierwsze, drugie… zapnij mi obuwie

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Pierwsze, drugie – zapnij mi obuwie;
Trzecie, czwarte – zamknij drzwi otwarte;
Piąte, szóste – dobierz patyczki proste;
Siódme, ósme – ułóż je prosto;
(…)
Siedemnaste, osiemnaste – dziewczyny przyjazne;
Dziewiętnaste, dwudzieste – moje talerze są puste.

Ponadczasowa królowa kryminałów, którą zna chyba każdy – Agata Christie (1890-1976). Ma w swojej karierze niezwykle duży dorobek – ok. 90 książek. Podczas I wojny światowej pracowała w szpitalu i w aptece. Doświadczenie z tego okresu z powodzeniem wykorzystywała w powieściach detektywistycznych. Pierwsze, drugie… Zapnij mi obuwie zostało wydane w 1940r.

Powieść została skonstruowana w bardzo ciekawy sposób. Kolejne wersy rymowanki są tytułami rozdziałów. Można powiedzieć, że są swego rodzaju komentarzem do każdego z nich i, wbrew pozorom, mogą naprowadzić czytelnika na trop mordercy. Christie jak zwykle nie zawiodła, a fakt, iż ofiarą był dentysta, dostarczał mi niewytłumaczalnej satysfakcji…

7. Siedem książek w tydzień

Agata Christie
Karty na stół

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Panuje powszechne przekonanie, że powieść detektywistyczna przypomina wielki wyścig: tu i tam są startujący, a wśród nich – faworyci, na których stawiamy.
„Płacisz i wybierasz”. Zasada wyboru w powieści jest odwrotna niż na torze wyścigowym. Inaczej mówiąc, faworytem jest najmniej prawdopodobna osoba! Wystarczy dostrzec kogoś, kto nie ma żadnych szans popełnienia zbrodni, i w dziewięciu przypadkach na dziesięć zadanie skończone.
Ponieważ nie chcę, aby moi wierni Czytelnicy odrzucili książkę z niesmakiem, wolę ostrzec ich z góry, że to nie ten gatunek. Jest tylko czterech startujących i każdy z nich spełnia warunki, każdy mógł popełnić zbrodnię. (…)
Mogę dodać jeszcze jeden argument na korzyść tej historii: jest ona jednym z ulubionych przypadków Herkulesa Poirota. Natomiast jego przyjaciel, kapitan Hastings, po usłyszeniu jej rzekł, że jest bardzo nudna! Chciałabym wiedzieć, z którym z nich zgodzą się moi Czytelnicy.

Cytat pochodzi z przedmowy autorki.

Kolejna książka i kolejny ciekawy zabieg, wyróżniający ją na tle innych. Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że mamy nie tylko czterech startujących, ale i czterech szukających: prywatny detektyw, pisarka kryminałów, Scotland Yard, Secret Service. Poza tym, ważnym elementem pojawiającym się w książce jest gra w brydża. Czego chcieć więcej?

PS

Czytaliście ostatnio coś ciekawego? Podzielcie się!
Może zachęciłam Was do przeczytania jakiejś pozycji? Dajcie znać, której. 🙂

Paris is always a good idea

Niektórzy ludzie połowę życia marzą o tym, aby odwiedzić stolicę Francji. Jest przecież taka kultowa – napisano o niej tysiące książek, nakręcono setki filmów. Zdjęcie z wieżą Eifflą to absolutny must have! Osobiście byłam raczej paryżosceptykiem, mimowolnie kojarząc w głowie jej symbol ze stertą złomu, która w początkowych latach istnienia była mocno krytykowana przez mieszkańców stolicy. Francuscy artyści podpisali nawet protest przeciwko jej powstaniu, już w miesiąc po rozpoczęciu prac w 1887r. A jednak i ja dałam się ponieść chwili, a do mojego albumu trafi z pewnością zdjęcie z żelazną damą, jak nazywają ją Paryżanie.100_7115

Co jeszcze przychodziło mi na myśl na hasło Paryż przed wyjazdem? Łuk Triumfalny. Co prawda „z bliska” zobaczyłam go tylko z autokaru, ale zrobił na mnie duże wrażenie. Jest wielki, dwa razy wyższy od Bramy Branderburskiej, która notabene nieco mnie rozczarowała. Łuk został zbudowany na zlecenie Napoleona, co tłumaczy wykonanie go z tak wielkim rozmachem. Przy okazji, to właśnie Napoleon uprowadził kwadrygę ze szczytu Bramy Brandersburskiej po zwycięstwie w bitwie pod Jeną-Auerstedt w 1806r.


Każdy koneser dzieł Wictora Hugo czy też dziecko uwielbiające filmy z wytwórni Disneya nieodłącznie kojarzy Paryż z katedrą Notre-Dame. Nie inaczej jest w moim przypadku.100_7085

Jak większość gotyckich kościołów, katedra jest pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Jej krótszą, powszechnie znaną nazwę, tłumaczy się jako Nasza Pani. Sama budowla robi naprawdę imponujące wrażenie. Kiedy pytają mnie patrzę na jasne, gotyckie kościoły z Fracji czy z Hiszpanii, na myśl przychodzi mi koronkowa robota. Perspektywa robi swoje – mimo ich ogromnych rozmiarów, kolumienki i rzeźby na górnych partiach kościoła wydają się maleńkie. Podobnie jak przepiękne, wielkie rozety – każda z nich ma 12m średnicy!
Pani izolator przewodnik zilustrowała to działającym na wyobraźnię przykładem – na powierzchni takiej rozety spokojnie zmieściłby się nie za duży dom jednorodzinny.100_70911

Na uwagę zasługują bogate zdobienia portali, będące doskonałym przykładem dydaktycznej funkcji sztuki w średniowieczu. Obok jednego z nich znajduje się posąg św. Dionizego, który trzyma swoją głowę w rękach. Według legendy, pierwszy biskup Paryża, a zarazem patron Francji, miał zostać ścięty na wzgórzu Montmarte (co znaczy Góra Męczenników), po czym wstać i przemaszerować jeszcze kilka kilometrów. Prawdopodobnie zabieg nie został wykonany do końca prawidłowo, co pozwoliło mu zrobić kilka kroków przed ostateczną śmiercią.

Także posągi królów znajdujących się na fasadzie katedry, stojące na gzymsie ciągnącym się przez całą jej szerokość, są częścią interesującej historii. Podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej zostały pozbawione głów czy też strącone, gdyż uznano je za władców Francji. W rzeczywistości są to królowie biblijni.


100_7117Budynek, o którego istnieniu nie miałam pojęcia, to francuski Taj Mahal, a przynajmniej mi go przypomina. Jest to bazylika Sacré-Cœur (Najświętszego Serca) ulokowana na szczycie wspomnianego wcześniej wzgórza Montmartre.

Jest takie jedno miejsce, które naprawdę chciałam odwiedzić w Paryżu. Niestety zobaczyłam je tylko z zewnątrz, ale z pewnością wrócę po więcej. Luwr.

Podobno do 26 roku życia wstęp do paryskich muzeów jest darmowy, więc następne odwiedziny muszę zaplanować w ciągu 8 najbliższych lat.

100_7042    100_7049


Paryż jest pełen pięknych budowli, zaskakujących ozdób, słynnych miejsc, ale też detali, które przykuwają uwagę.

100_7018W mieście ulokowane są niewielkie fontanny z wodą pitną dla spragnionych turystów czy też mieszkańców.

Wejścia do metra są oznaczone gustownymi tabliczkami w stylu retro.

W stolicy znajduje się kilka polskich akcentów: plac przed katedrą jest nazwany imieniem polskiego papieża, na Łuku Triumfalnym wypisane są nazwiska Polaków, a na najstarszym paryskim zegarze, zaraz obok herbu Walezjuszy, znajduje się godło Rzeczpospolitej Obojga Narodów. (Dziękuję Marcie za pomoc merytoryczną! :))100_7075

100_7069


100_7064W Paryżu nie sposób nie zachwycać się architekturą, którą spotyka się na każdym kroku. Zalecam jednak ostrożność w podziwianiu jej – zapatrzona do góry, omal nie staranowałam Bogu ducha winnego kosza na śmieci.

Skoro architektura, to też rzeźba, niesamowite posągi i pomniki. 100_7104Jeden z nich przykuł moją uwagę ze względu na pantofelek, który z powodzeniem mógłby założyć na bal Kopciuszek. Jak się później dowiedziałam, jego właściciel to Monteskiusz, którego większość ludzi kojarzy zapewne z zasadą trójpodziału władzy.

Dla mnie – mieszkanki Torunia, czerwona cegła jest oczywistym materiałem budowlanym. Nie dla Paryżan. Tam budynki z jej elementami lub też z elewacją udającą cegłę są rzadkością.100_7072

Element budynków, na który nieustannie zwracałam uwagę podczas spacerowania po stolicy, to balustrady. Balkoniki i okna wyglądają dzięki nim bardzo elegancko. Balustrady są zazwyczaj koloru czarnego, każda w ozdobnym, pełnym pięknych detali stylu.


100_7101

Nie mogłabym o tym wszystkim opowiadać, gdyby nie pewien wspaniały projekt, którego częścią dane mi było i jest być. O nim więcej w następnych postach. Bo Paryż to dopiero początek wyprawy, którą odbyłam.

PS

#caminopolaco


Czy podczas kolejnej wizyty w Paryżu powinnam odwiedzić jakieś miejsce, o którym nie wspomniałam? Dajcie znać!

PPS

Za 3 dni początek BookTubeAThonu. Znane są już oficjalne wyzwania. 🙂

Wyjeżdżam

Muszę się gdzieś wyżalić i wylać na jakiegoś przypadkowego czytelnika mój garnuszek smutków i wątpliwości, choć zazwyczaj jestem przeciwna rozsiewaniu negatywnych emocji.
Z góry przepraszam!

Nie dość, że wszystkie pomysły na tematykę postów gdzieś mi pouciekały, a codzienne rysowanie przeszło już do historii, to jeszcze czeka mnie żmudny proces pakowania się na wyjazd. Jeśli ma być krótki – nie ma problemu, ale dwutygodniowy, zawierający w sobie pieszą wędrówkę, to coś nowego. Od kilku tygodni tematem nr 1 w naszym domu jest mój wyjazd, w kółko wałkujemy to samo – co trzeba zabrać, co dokupić, o co zadbać. Aż się człowiekowi odechciewa jechać. Niekończące się wizyty w sklepach potrafią zmęczyć bardziej, niż maraton sprawdzianów, od których teraz mam na szczęście wolne. A przecież i tak ogromną częścią logistyki pakowania (powinni tego uczyć w szkole) zajmuje się moja rodzina (za co jej bardzo dziękuję!).

Równolegle do pakowania, zajmuję się przygotowaniami na konwent na początku sierpnia, które też pochłaniają dużo energii, ale z pewnością dają o wiele więcej satysfakcji. Nie jest więc tak źle, chociaż rzadko zdarza się, żeby moja głowa była wolna od ciągłego planowania.

Hasta luego!

PS

BookTube

YouTube jest ogromny. Co minutę powiększa się o 300 godzin filmów! Czasem zdarza mi się na nim zabłądzić i trafić na zupełne obrzeża, zwane też tą dziwną częścią jutuba. Ale nie o niej dzisiaj mowa.

Zawsze gdy rozmawiam o jakiejś książce i rzucam, że słyszałam o niej sporo dobrego na BookTubie, spotykam się ze zdziwinioną miną i pytaniem Na czym?. Tak więc dziś wyjaśniam. Tak definitywnie.

Jak sama nazwa wskazuje, BookTube jest związany z książkami i dzieje się na YouTubie. Nazwa określa społeczność czytających, dzielących się dodatkowo na twórców filmów i ich widzów. Ci pierwsi prowadzą kanały, na których recenzują książki, chwalą się najnowszymi zdobyczami, przeprowadzają wywiady z pisarzami. Drudzy oglądają, komentują i, szczególnie na zagranicznym BookTubie, razem z twórcami filmów, biorą udział w czytelniczych maratonach oraz towarzyszących im atrakcjach – tak zwanych (uwaga, kolejna dziwna nazwa) ReadAThonach, BookAThonach.

Nie da się ukryć, że polski BookTube dopiero raczkuje. Nasi rodzimi twórcy mają maksymalnie po ok. 10 000 subskrypcji, kiedy zagraniczni mnożą tę liczbę przez naście. Jest ich też nieporównywalnie więcej. Są to oczywiście twórcy anglojęzyczni, którzy mają liczniejszą grupę docelową. Oglądanie ich filmików graniczy niekiedy z sadyzmem, bo książki, o których opowiadają, w Polsce są dostępne dopiero po kilku miesiącach, a czasem nie są nawet tłumaczone na nasz język.

Jednak niezależnie od narodowości, każdy członek tej małej, ale rosnącej w siłę społeczności (ach te rymy), może wziąć udział we wspomnianym wcześniej czytelniczym maratonie. Najbliższy czasowo i największy tego typu to BookTubeAThon. W tym roku trwa od 3. do 9. sierpnia.

Jak działa BookTubeAThon?

1. Czytaj jak najwięcej! To czas, kiedy codzienne wymówki typu szkoła, praca, nie chce mi się, nie mają racji bytu.

2. Pobaw się w wyzwania – te zeszłoroczne to m.in. przeczytaj książkę: z obrazkami; z kolorem czerwonym na okładce; którą ktoś wybrał dla ciebie; i obejrzyj jej adaptację. To szansa na przeczytanie czegoś, po co normalnie byś nie sięgnął.

3. Bierz udział w wyzwaniach filmowych – podczas ostatnich dwóch lat przewinęły się takie, jak odtworzenie okładki książki (https://youtu.be/kt8TU7oKoek?t=3m29s) czy wykorzystanie książek do stworzenia domina (https://youtu.be/uUfbHlLjd5g?t=1m28s). Jeśli się postarasz, masz szansę wygrać książkę (bo cóżby innego?).

4. Dziel się BookTubeAThonem z innymi. Napisz o nim na blogu, nagraj filmik, hasztaguj (nie wierzę, że to napisałam) na Twitterze i Instagramie. Poczuj się częścią społeczności.

Wszystkie oficjalne informacje na temat maratonu można znaleźć tutaj:
https://www.youtube.com/channel/UCZhmQgR4l0MMisH-OGO729Q

W tym roku po raz pierwszy planuję wziąć w nim udział – tak się złożyło, że rok temu podczas trwania BookTubeAThonu byłam na wyjeździe wakacyjnym, a dwa lata temu jeszcze o nim nie słyszałam. Na pewno podzielę się wrażeniami na pradwie.

PS

Oczywiście zachęcam Was do spróbowania swoich sił. 🙂

Świerze spojrzenie

Jako że od czasu do czasu warto się ukulturalnić, a liczba nieczynnych ekspozycji w Muzeum Narodowym przekroczyła już  liczbę kontrowersji wokół zalegalizowania małżeństw homoseksualnych w USA, podczas swego niedawnego pobytu w stolicy wybrałam się na Zamek Królewski, aby obejrzeć wystawę zatytułowaną „Nowy poczet władców Polski. Waldemar Świerzy kontra Jan Matejko”. 

Człowiek z błędem ortograficznym w nazwisku okazał się znanym i docenianym na całym świecie harmonogramem prac grafikiem i plakacistą, współtwórcą polskiej szkoły plakatu. Wystawa, na której konkuruje z Matejką, liczy sobie 49 portretów władców Polski, o 5 więcej niż poczet stworzony przez jego poprzednika. Świerzy, w odróżnieniu od Matejki, nie zapomina o tych mniej lubianych królach i książętach.

O ile klasyczny poczet jest monochromatyczny i przedstawia portretowanych w całym ich dostojeństwie, ten nowy, stworzony z mocnych barw i śmiałych pociągnięć pędzla, odmalowuje emocje na twarzach władców. Posiłkując się najnowszymi ustaleniami historyków, artysta uwydatnił charakterystyczne cechy ich charakteru i wyglądu, nie bał się pokazać brzydoty, tuszy czy starczego wieku.
Nie można jednak krytykować Matejki za to, że nie wpadł na podobny pomysł. Jego poczet służył innym celom, miał podtrzymać Polaków na duchu w trudnych latach, podczas gdy Świeży mógł już popuścić wodze fantazji, pozwolić sobie na kontrowersyjne przedstawienia i kwestionowanie majestatu władców, tak popularne w dzisiejszych czasach.
Praca nad pocztem trwała od 2006 do 2013.

świerzy sala

Sama wystawa jest świetnie skonstruowana. Portrety symetrycznie wiszą po obu stronach długiej sali, która kształtem przypomina obszerny korytarz. Po ich prawej stronie znajduje się rysunek Matejki, krótki „oficjalny” opis zawierający daty życia i panowania oraz ważne fakty, a także dłuższy opis, pełen ciekawostek i rzeczy, o których nie powiedzą wam w szkole.

Oto moja subiektywna lista i krótkie metryki perełek tej wystawy, kolejność losowa.

1. Bolesław II Rogatka

świerzy rogatka

Nie został sportretowany przez Matejkę.
Pochodzenie: Najstarszy syn Henryka Pobożnego.
Zainteresowania: Palenie ludzi żywcem, porywanie, mordowanie, gwałcenie.

Patrząc na jego portret, nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdzieś go już widziałam – podczas zbrojnego napadu na bank lub przez klubem, pełniącego rolę bramkarza.

2. Bolesław III Krzywousty

świerzy asteriks

Pochodzenie: Najmłodszy syn Władysława Hermana. Swoim testamentem zapoczątkował rozbicie dzielnicowe Polski. Legenda głosi, że jako dziecko z taką odrazą patrzył na rządy swego ojca, aż nerwowy grymas pokrzywił mu gębę. 
Zainteresowania: Walka i polowania, zwyciężanie cesarza niemieckiego Henryka V, oślepianie brata Zbigniewa.

Asteriksie, czy to ty?

3. Bolesław II Szczodry

świerzy szczodry

Pochodzenie: Syn Kazimierza Odnowiciela.
Zainteresowania: Wymyślanie genialnych, aczkolwiek niewykonalnych planów politycznych; szastanie pieniędzmi na prawo i lewo, walka, publiczne targanie księcia kijowskiego Izasława za brodę, skazywanie biskupów krakowskich na śmierć.

Najlepszy portret z całej wystawy. Nie bez powodu to właśnie Szczodry sygnuje wystawę swoim obliczem.

4. Bezprym

świerzy bezprym

Nie został sportretowany przez Matejkę.
Pochodzenie: Najstarszy syn Bolesława Chrobrego i jego drugiej żony, Węgierki, której zawdzięcza ciemną karnację.
Zainteresowania: zdobywanie wiedzy i władzy, wydawanie wyroków śmierci na biskupów, mnichów i pomniejszych kapłanów, wyganianie brata z kraju.

Jako jedyny namalowany jakby z zaskoczenia, od tyłu.

5. Władysław IV

świerzy muszkieter

Pochodzenie: Syn Zygmunta III Wazy. Fundator kolumny ku czci ojca.
Zainteresowania: odpowiedzialne i godne sprawowanie władzy, podróże, muzyka, sztuka.

Wygląda jak urodzony muszkieter.

6. Stefan Batory

świerzy sobieski

Pochodzenie: Książę Siedmiogrodu, syn ojca o tym samym imieniu.
Zainteresowania: historia i geografia, oszczędność i pracowitość, dieta oparta na wołowinie, czosnku i cebuli.

Od razu widać, z kim ma się do czynienia.

7. Bolesław V Wstydliwy

świerzy wstydliwy

Pochodzenie: Syn Leszka Białego

Zainteresowania: dzielenie się z poddanymi swą dobrocią, pozostawanie w czystości podczas trwającego 40 lat związku małżeńskiego ze św. Kingą.

Tylko pozazdrościć takiej ortalionowej stylówki.

8. Jadwiga Andegaweńska

świerzy jadwisia

Pochodzenie: Córka Ludwika Węgierskiego.
Zainteresowania: ukrywanie swej urody za woalką, aby nie wodzić męskich serc na pokuszenie, działania charytatywne.

Last but not least! Podobno prawdziwa piękność, artysta przedstawił ją w nowoczesnym wydaniu.

Chociaż o Świerzym dowiedziałam się niespełna tydzień temu, a co za tym idzie, dużo o nim nie wiem, czuję że był to człowiek honoru. W końcu wrodzone poczucie obowiązku, aby skończyć to, co zaczął, trzymało go przy życiu nawet przez siedem lat – odchodząc, zostawił po sobie jeszcze świerzy świeży portret ostatniego władcy. Zmarł dzień po namalowaniu ostatniego obrazu.

PS

Patrzysz, ale nie widzisz

Lubię obserwować.
Najwdzięczniejsze „obiekty” do obserwacji to dzieci – nieskażone wpływem społeczeństwa, moralności czy współczesnych wartości. Paradoksalnie, one także obserwują. Podczas spacerów ich rodzice wybiegają myślami daleko w przód, martwią się, cieszą, wspominają, a dzieci żyją chwilą. Szeroko otwartymi oczyma chłoną świat. Nie krępują się spojrzeć komuś w twarz czy otwarcie się na niego, jakby to powiedział dorosły, gapić. Zachwycają się cudami natury – najmniejszy nawet owad jest czymś niezwykłym! Co dopiero tramwaje, które jeżdżą kilka razy szybciej niż ich czterokołowce napędzane rodzicami. W świecie dorosłych wszystkie te cuda ulegają dewaluacji. Unika się kontaktu wzrokowego z obcymi ludźmi, latające wokół muszki są denerwujące, a korzystanie z komunikacji miejskiej to przykra konieczność.

Gwar rozmów, palące słońce, katarynka, odgłosy dorożki, lekkie podmuchy wiatru.
Dzisiaj po południu, zmęczona spacerem, przysiadłam na ławeczce obok warszawskiej Syrenki, po uprzednim obejrzeniu jej ze wszystkich stron. W myśl zasady „patrzysz, ale nie widzisz”, postanowiłam przeciwdziałać takiemu stanowi rzeczy i zwracać większą uwagę na pozornie znane mi rzeczy, obiekty, sytuacje. Ku memu zdumieniu okazało się, że syreni ogon pomnika wykonanego przez Konstantego Hegla jest dualny, a nie, tak jak zawsze sądziłam, pojedynczy, sflaczały, rybi. O nie, widać tam świetnie zarysowaną siłę mięśni, a sam ogon jest długi, wężowaty, poskręcany.

Chłopiec
Placyk wokół pomnika Syrenki jest bardzo chętnie odwiedzany przez ptaki wszelakiego rodzaju. Pomijając fakt, iż przez chwilę obserwowałam wróbelka siedzącego na jej głowie, odbywającego swój codzienny rytuał higieny osobistej, moją uwagę skradło stado gołębi z zapałem dziobiące kawałki chleba rozrzucane przez pewna kobietę. Kobietę-matkę, jak się domyślam, bo obok niej, na bruku, siedział mały chłopiec w pozie, przez którą momentalnie nazwałam go w głowie małym Buddą. Skrzyżowane po turecku nogi, wyprostowane plecy, wyciągnięte ręce i dłonie pełne pokarmu przygotowanego specjalnie dla zwierząt. Przez kilka minut kibicowałam w duchu małemu. Mimo naszych połączonych sił woli, żaden głąb gołąb ani wróbelek nie skusił się na darmowy posiłek w doborowym towarzystwie. Nie wiem niestety czy później dopisało mu szczęście, ale trzymam za to kciuki.

PS